Witajcie :)
Od niedawna wszelkie nowości, zdjęcia, sugestie i całe "życie" naszych wydarzeń Book-Change znaleźć możecie na stronie: www.book-change.pl
Zapraszamy!
wtorek, 7 lutego 2012
wtorek, 29 listopada 2011
Świąteczny Konkurs Księgarni Matras
Moi drodzy!
Jeśli jeszcze nie wiecie, skąd wziąć kolejne lektury, a do Book-Change'a w Waszym mieście jeszcze kawałek - polecamy Wam serdecznie konkurs organizowany przez Księgarnie Matras. Sami zobaczcie, w jak prosty i przyjemny sposób można wygrać niesamowite nagrody :)
Zapraszamy!
www.swieta.matras.pl
A poza tym, zapraszamy na najbliższy Book-Change w:
Warszawie, 4 grudnia 2011, godz 12:00-15:00 w Cafe Kulturalna
Na wydarzenie można zapisać się tutaj.
Poznaniu, 7 grudnia 2011, godz 18:00-21:00 w Klubie Bogota
Na wydarzenie można zapisać się tutaj.
Przynieście dużo książek i bawcie się dobrze!
Jeśli jeszcze nie wiecie, skąd wziąć kolejne lektury, a do Book-Change'a w Waszym mieście jeszcze kawałek - polecamy Wam serdecznie konkurs organizowany przez Księgarnie Matras. Sami zobaczcie, w jak prosty i przyjemny sposób można wygrać niesamowite nagrody :)
Zapraszamy!
www.swieta.matras.pl
A poza tym, zapraszamy na najbliższy Book-Change w:
Warszawie, 4 grudnia 2011, godz 12:00-15:00 w Cafe Kulturalna
Na wydarzenie można zapisać się tutaj.
Poznaniu, 7 grudnia 2011, godz 18:00-21:00 w Klubie Bogota
Na wydarzenie można zapisać się tutaj.
Przynieście dużo książek i bawcie się dobrze!
poniedziałek, 19 września 2011
Yiyun Li "Włóczędzy"
![]() |
| Wydawnictwo Czarne Stron: 410 Rok: 2010 |
Długo zwlekałam z recenzją tej książki, mimo że przeczytałam ją już chyba dwa tygodnie temu. Jednak powodem tej zwłoki nie było bynajmniej lenistwo bądź też zaniedbanie, lecz trudny orzech do zgryzienia, jaki autorka tej książki mi podrzuciła. Yiyan Li wydała już kilka tomów opowiadań, ale "Włóczędzy" to jej pierwsza powieść. I tak jak do debiutów podchodzę niezwykle krytycznie, tak ten wywarł na mnie niezwykle silne wrażenie.
Historia rozpoczyna się w dniu egzekucji wyroku śmierci wydanego na kontrrewolucjonistkę w komunistycznych Chinach. Po kolei poznajemy rodziców dziewczyny, ich sąsiadów, dalszych znajomych i zupełnie obce jej osoby, których losy niemniej łączyły się kiedyś w przeszłości. Nie chciałabym zanadto wchodzić w szczegóły tych relacji i wzajemnych odniesień, by nie psuć czytelnikowi emocji związanych z odkrywaniem i westchnięć w stylu "aaach... więc to tak!". Bohaterów jest niemniej wielu, a każdy z nich przedstawia zupełnie inny typ człowieka i ... obywatela. Wsiowy głupek, zdeformowana dziewczynka, której kalectwo jest efektem wypadku jej matki, gdy była z nią w ciąży, para włóczęgów zasiedziałych na miejscu, spikerka radia państwowego, chłopiec bez pamięci wpatrzony w glorię partii komunistycznej... Mozaika zupełnie nieprzypadkowa.
To, co ujęło mnie w powieści Yiyun Li, to fakt, że żaden z tych bohaterów nie jest jednoznacznie dobry ani zły, łącznie ze skazaną kontrrewolucjonistką, Shan. Osobiście odnosiłam nawet wrażenie, że autorka specjalnie w ten sposób tka nitką swoją opowieść: najpierw wydaje Ci się, że lubisz bohatera, współczujesz mu, próbujesz się identyfikować, podziwiasz - by chwilę później, w efekcie tego, co powiedział lub zrobił, poczuć ukłucie, rozczarować się, zawieść nawet. Do końca nie byłam pewna motywów ani jednego bohatera, nie potrafiłam rozszyfrować prawdziwych intencji i uczuć, jakie kierowały zachowaniem przedstawionych drobiazgowo postaci. A z drugiej strony... czyż nie takie właśnie jest życie? czy w życiu też mamy jasny podział na "tych dobrych" i "tych złych"? Może czasem tak, może z perspektywy czasu potrafimy tak wartościować, ale rzadko ma to miejsce tu i teraz.
Yiyun Li złamała podstawową zasadę pisania powieści, która odnosi się do tego, by stworzyć bohatera, wobec którego czytelnik będzie miał jasny pogląd i sympatię (bądź jej brak). Efekt tego stanięcia okoniem wobec panujących pryncypiów jest niezwykle silny i jednocześnie delikatny.
Taki właśnie jak filozofia dawnych Chin.
czwartek, 8 września 2011
Mario Vargas Llosa "Wyzwanie/Szczeniaki"
![]() |
| Wydawnictwo Znak Stron: 144 Rok: 2011 |
W przypadku Vargas Llosy jestem dość radykalna - czytam wszystko, cokolwiek zostaje w Polsce wydane. Wszyscy kojarzą "Szelmostwa..." - napisał też 3 inne pieprzne powieści, natomiast ja w największym stopniu jestem zwolenniczką jego niepowtarzalnej formy pisarskiej oraz historii, które opisuje o krajach Ameryki Południowej (szczególnie polecam "Święto Kozła" - niesamowita lektura).
Ale wracając do najnowszej wydanej pozycji tego pisarza - tu również proza jest niełatwa w odbiorze. Wymieszanie czasów (retrospekcje, plany, teraźniejszość "obecna" i "następna"), wymieszanie dialogów (dialogi, jak zwykle, nie są w standardowej formie, tylko ukryte w tekście prawie bez podpowiedzi, kto mówi)... Trzeba przyznać, że po innych lekturach za każdym razem potrzebuję 20 stron, żeby się "wdrożyć" z powrotem w ten specyficzny świat prozy Vargas Llosy.
"Wyzwanie/Szczeniaki" to rzecz o przemocy. O aktach przemocy rozumianych w różny sposób i realizowanych w różnych sytuacjach. Czasem jest to walka o honor, czasem pijackie wybryki, czasem przemoc wobec kobiety - zawsze jednak jest to agresja zabarwiona temperamentem mieszkańców Peru. Męskie przepychanki, słowne lub na pięści, mieszają się tu ze specyficzną dla krajów Ameryki Południowej tradycją, a także pobożnością: prawdziwą lub fałszywą.
Weźmy chociażby chodzenie do kościoła w niedziele, tylko po to, by zobaczyć wybrankę swojego serca. Weźmy realia wojskowe w Peru, atmosferę w szkole tuż przed egzaminami, klimat przydrożnego zajazdu. Weźmy więzi rodzinne, zwłaszcza pomiędzy synem a matką. Przykładów można by mnożyć.
Czyta się bardzo szybko, ze względu na krótkie formy opowiadanych historii.
Czyta się niełatwo, ze względu na formę. Ale taki urok tej prozy.
czwartek, 1 września 2011
Gerd Schneider "Lalka Kafki"
![]() |
| Wyd. Nasza Księgarnia Stron: 190 Rok: 2009 |
Bardzo lubię Kafkę, jego niedoceniane za życia dzieła (ta reguła jest tak przewidywalna, że aż nudna), znane są na całym świecie i o wiele lat wyprzedziły pokolenie Kafki. Dziś również znajdujemy się w tej samej rzeczywistości, a może nawet bardziej kafkowskiej, niż wtedy, gdy powstawała ona w umyśle autora.
Gerd Schneider stworzył natomiast książkę, która opowiada historię niezwykłą. Wydawca pisze, że autor napisał ją "częściowo na faktach" niemniej jednak moje wrażenie jest takie, że stworzył ją w oparciu o jeden konkretny fakt z życia Kafki, który został udokumentowany i przekazany ustnie przez świadków i bliskich pisarza. Beletryzacja tego konkretnego faktu z życiorysu innego pisarza jest manewrem niełatwym, jednak Schneider poradził z tym sobie bardzo dobrze.
Doktor Franz Kafka, chory na tuberkulozę, spaceruje w parku i spotyka dziewczynę, która zalewa się łzami. Zgubiła lalkę. Refleks i pomysłowość Kafki są tu wręcz mistrzowskie - "Twoja lalka wcale nie zginęła, ona udała się w podróż, widziałem ją. Jutro napisze do Ciebie kartkę, zobaczysz".
I tak zaczyna się historia o nigdy nie odnalezionej korespondencji, którą Franz Kafka pisał w imieniu lalki do dziewczynki z sierocińca imieniem Lena. Początkowo nieufna, szybko zaczęła żyć rytmem nadawanym przez nadsyłane przez lalkę listy i z wypiekami na twarzy czekała w parku na tego wyglądającego jak nietoperz pana. Śledzi przygody swojej lalki w świecie wyobraźni, który Kafka pomógł jej stworzyć w małej główce.
W książce tej fakty mieszają się z fikcją. Jest pewien urok w takich konstrukcjach, czytelnik nie wie do końca, co autor wymyślił, a co jest historyczną prawdą, niemniej jednak pisarz - o ile jest zręczny, a Schneider jest na pewno - potrafi przenieść czytelnika do świata osoby, która faktycznie żyła. Zaznacza małe elementy tej rzeczywistości, jak odźwierna w kamienicy, ulubiony kubek, czy szorowane na kolanach podłogi. Czytelnik w pewnych momentach ma wrażenie, że siedzi z Kafką - KAFKĄ! - w jednym pomieszczeniu i patrzy jak skrobie do później nocy rękopis. Może pisze właśnie słynny Proces?
Książka jest bardzo przyjemna, można się z niej dowiedzieć interesujących rzeczy na temat samego autora, a sama historia, bardzo lekka i odrobinę wzruszająca.
Dobrym pomysłem było zrobienie małego resumé pod koniec książki, które oddzielało fakty od fantazji autora. Człowiek przynajmniej wie, co czytał i jak to potraktować, to dobrze.
Niestety minusem są dwie drobne, ale za to jedynie edytorskie rzeczy. Małe litery i bardzo duże procentowo marginesy (wszystkie cztery), sprawiają, że książki nie czyta się płynnie, rytm przewracania stron jest tu delikatnie zakłócony. Być może zabieg ten miał na celu, żeby "stron było więcej"? I druga rzecz: niestety, całkiem dużo błędów: literówek, interpunkcyjnych, składniowych, a nawet gramatycznych. Może, jako że kiedyś robiłam korektę w magazynie Take Me, jestem przeczulona, ale wcale się nie przykładając i nie zwracając na to szczególnej uwagi, znalazłam ok 10 błędów. Jak na tak krótką książkę to bardzo dużo.
Ale te dwie drobne, edytorskie usterki i tak nie przesłaniają lekkości i przyjemności tej lektury. Zakończenie jest smutne - ale nie ckliwe i tandetne. Szczerze polecam.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Chuck Palahniuk "Udław się"
![]() | ||||||
| Wydawca: Niebieska Studnia Rok: 2007 Stron: 352 |
Nawet jeśli nie każdy kojarzy od razu nazwisko Chuck'a Palahniuk'a (skądinąd, coraz bardziej w Polsce znane), na pewno kojarzy Fight Club - książkę i jej ekranizację pod tym samym tytułem. Tak tak, to właśnie on stworzył tak niesamowite studium pojęcia alter ego.
Książka "Udław się" (ang. Choke) również doczekała się ekranizacji, choć tej nie dane mi było jeszcze oglądać. Niemniej jednak na pewno musi być niezła, bo i książka mocna.
Palahniuk przedstawia nam historię seksoholika (owszem, nie brakuje pikantnych momentów!), który jednocześnie zawodowo dławi się w restauracjach zarabiając na tym niemało, opiekuje się śmiertelnie chorą matką-wariatką, zadurza się w lekarce, która ją prowadzi, a także pracuje jako XVIII-wieczny lokaj w inscenizacjach historycznych.
Mieszanka, można by rzecz, wybuchowa, jednak Palahniuk z niebywałą zręcznością rozpracowuje tę tykającą bombę, zwaną również Victor Mancini.
Victor uczęszcza na spotkania dla seksoholików, nie bynajmniej po to, by wyjść z nałogu, którego zresztą ma świadomość. Nie - Victor dowiaduje się nowych technik, zboczeń, sposobów, miejsc. Poznaje też uzależnione od seksu kobiety. Nietrudno zgadnąć, jaką z tego oboje mają korzyść.
Victor nagminnie symulując zadławienie w różnych restauracjach sprawia, że jego wybawcy czują się za niego odpowiedzialni przez resztę życia. Sztuczne wytwarzanie tego rodzaju więzi pozornie jest mu potrzebne jedynie do wyciągnięcia "kasy z frajerów". Ale pod tym oświadczeniem, często powtarzanym, kryje się silna potrzeba posiadania w ogóle jakichkolwiek więzi. Z kimkolwiek. Matka-wariatka, brak ojca, brak stałego stabilnego związku z kimkolwiek na świecie sprawia, że potrzeba staje się coraz silniejsza, jednak kolejni "restauracyjni bohaterowie" nie wypełniają istotnej w jego życiu luki.
Tu jeden cytat zwrócił moją szczególną uwagę: Czasem słucham radia z informacjami o korkach i jadę tam, by stanąć i czuć, że jestem częścią czegoś większego.
Victor próbuje uporać się również odwiecznym pytaniem "kim jestem?", przy czym dla niego pytanie to ma dodatkowe znaczenie. W pisanym po włosku dzienniku matki kryje się odpowiedź na pytanie, kto jest jego ojcem. Czy jeśli pozna odpowiedź - lepiej będzie wiedział, kim jest lub kim mógłby jeszcze być?
Wbrew pierwszemu wrażeniu, nie jest to opowieść o przypadkowym seksie - "Udław się" jest książką, która w sposób bardzo precyzyjny diagnozuje największe bolączki współczesnych młodych ludzi - oderwanych, niezwiązanych, niepasujących. Podobnie jak inne książki Palahniuka, historia bohaterów umożliwia czytelnikowi samodzielną analizę zachowań bohaterów i - jeśli ktoś czuje się na siłach - ich ocenę.
Podsumowując - bardzo polecam, trudno się oderwać!
niedziela, 21 sierpnia 2011
Sabina Berman "Dziewczyna, która pływała z delfinami"
![]() |
| Wydawnictwo: Znak Stron: 230 Rok: 2011 |
Bardzo dobre recenzje tej powieści skusiły mnie do sięgnięcia po nią w księgarni parę dni temu. Muszę przyznać od razu, że mam mieszane uczucia - zarówno co do jej treści, formy jak i powtarzanego do znudzenia porównania do Forresta Gumpa. Wiadomo, zabieg marketingowy jest niezły, ja również sięgnęłam po nią właśnie dzięki temu porównaniu. Niemniej jednak jedno pozostaje faktem - Forrest Gump jest nie do podrobienia i nic, co do tej pory zostało stworzone (tak w literaturze, jak w filmie) nie powinno być do niego porównywane, mimo paru faktycznych podobieństw.
Po pierwsze:
Forrest Gump nie jest normalny. Cierpi na pewnego rodzaju niedorozwój. Nie znam się na tym, ale zdrowy nie jest, to pewne - choć jest w stanie w jakiś sposób normalnie funkcjonować.
Karen Nieto również nie jest normalna. Jest dzieckiem autystycznym porzuconym przez matkę, która popełnia samobójstwo i wychowywanym przez ciocię Isabelle. Pomimo testów psychometrycznych, które umiejscawiają ją gdzieś między idiotą a imbecylem, ma pewne zdolności, których nie ma 95% populacji.
Po drugie:
Forrest Gump w swej prostocie myślenia wypowiada wiele prawd - czasem śmiesznych, czasem nie - ale zwykle trafiających w sedno. Brak sprytu, przebiegłości czy chytrości jest jego podstawową zaletą.
Karen Nieto nie używa metafor, skrótów myślowych, eufemizmów, aluzji - nie potrafi. Wypowiadane przez nią zdania są niezwykle proste, choć nie da się ukryć, nierzadko niosą za sobą konkretne przesłanie.
Po trzecie (i chyba dzięki temu skojarzenie z Gumpem jest tak wyraźne):
Forrest Gump jest właścicielem bardzo dobrze prosperującej przetwórni krewetek. Jednak jej pierwszy sukces wynikał bardziej ze szczęścia niż z ciężkiej pracy (połów po ogromnej burzy).
Karen Nieto jest właścicielem bardzo dobrze prosperującej przetwórni tuńczyków. Jej sukces jednak był uwarunkowany nadzwyczajnymi zdolnościami właścicielki i znajomością zwyczajów tuńczyków.
OK - być może te trzy aspekty wiążące obie powieści wystarczą, by okrzyknąć "Dziewczynę..." powieścią na miarę Forresta Gumpa, czy też "żeńskim wydaniem" Gumpa. Niemniej jednak, jak dla mnie obie powieści przedstawiają zupełnie inne wartości.
Po pierwsze:
Forrest Gump bywa spontaniczny, odważny, konsekwentny (uparty do granic możliwości), również mądry. Niemniej jednak nigdy nie martwi się o krewetki, dzięki którym żyje.
Karen Nieto jest nietowarzyska, zamknięta w sobie, czasami irytująco ociężała - czasem zaś piekielnie inteligentna, miewa wybuchy furii oraz jest niewymownie uparta, jest też jednak po prostu dobra, a dobro tuńczyków jest dla niej absolutnym priorytetem.
Po drugie:
Forrest Gump kocha prawdziwie, na swój ograniczony sposób, jednak raz zakochany - pozostaje nim na zawsze.
Karen Nieto nie potrafi kochać.Liczą się tylko tuńczyki. Jedyna osoba, którą darzy w ogóle jakimkolwiek uczuciem na swój specyficzny sposób, to jej zastępcza matka - ciotka Isabelle.
Poza tym, to co mnie na początku irytowało, to dość prosty styl, a także - może to pierdoła, ale jednak działała mi na nerwy - pisanie jakichkolwiek liczebników cyfrą bądź cyfrą z kropką. Dla mnie w powieści powinno być napisane "jeden delfin" lub "dwunasty tuńczyk", a nie "1 delfin" lub 12. tuńczyk".
Niemniej jednak irytacja ta miała miejsce jedynie przez pierwszych 20-25 stron, póki nie zorientowałam się, że oba zabiegi są celowe. W ten sposób - zarówno prostota stylu, jak i liczbowe zapisywanie liczebników - przekazuje faktyczny sposób myślenia bohaterki.
Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej powieści. Może też dlatego, że czytałam ją bezpośrednio po "Bóg nas nienawidzi", która jest pełna cynizmu i krytycznego spojrzenia na świat, a jej wrażliwość i mądrość wydały mi się wówczas trywialne i sztuczne. Może dlatego, że głośne porównanie do Forresta Gumpa nie pozwala mi jej odebrać inaczej niż poprzez pryzmat FG. Trudno powiedzieć. Ale przeczytać warto.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





